img_4865

Program FLEX – Twoja szansa na rok nauki w USA

Rozmawiamy z Grzegorzem Jankiewiczem, jednym z 26 absolwentów pierwszej polskiej edycji Programu FLEX: Future Leaders Exchange Program finansowanego przez Departament Stanu USA, który w czerwcu 2017 r. wrócił do Polski po rocznym pobycie w USA.

 

Dorota Dobkowska: Jakie były Twoje oczekiwania względem wyjazdu na rok do USA? Jak pobyt w Fairview (Illinois) je zweryfikował?

 

Grzegorz Jankiewicz: Chciałem mieć fajny rok i podszkolić angielski. Nie miałem wielkich oczekiwań, żeby zwiedzić pół kraju; liczyłem na dobrą zabawę. Plan był otwarty, chciałem spróbować nowych rzeczy, sportów. Udało się jak najbardziej. Odwiedziłem Chicago, o czym marzyłem, byłem też w pięknym Nashville. Doświadczyłem zwykłego życia amerykańskiego nastolatka bardziej niż niesamowitego życia ucznia z wymiany. Tego nie da się przeżyć nigdzie indziej. Niektórzy FLEXerzy podróżowali więcej, ale ja szukałem innym pozytywów. Doceniłem swój sukces, odbyłem kilka wycieczek, a pobyt w małej miejscowości pozwolił mi poznać i polubić muzykę country. Dowiedziałem się, jak wygląda prawdziwe rodzinne życie w USA.

DD: Obawiałeś się czegoś?

GJ: Na pewno nie bałem się o język. Obawiałem się trochę o to, jak się zaadaptuję do życia w małej wsi, gdzie sklep był oddalony o kilka mil i trudno sobie „gdzieś wyjść” wieczorem. To było coś nowego. Z czasem pojawiła się rutyna. Ale bałem się bardziej o początki, a te były super, byłem bardzo podekscytowany. Przyjechałem dwa tygodnie przed rozpoczęciem nauki, więc miałem czas na poznanie się lepiej z moją host rodziną, dużo rozmawialiśmy, spędzaliśmy razem czas, chodziliśmy na kręgle.

DD: Opowiedz proszę o Twojej rodzinie goszczącej.

GJ: Moja host rodzina ma duże doświadczenie w przyjmowaniu uczniów zza granicy, robią to od kilkunastu lat. Host rodzice dużo pracują, host mama jest pielęgniarką, a host tata pracuje przy maszynach. Po pracy spędza dużo czasu w wielkim warsztacie, który sam budował przez 10 lat. Mają pięcioro dzieci, ale tylko dwóch synów mieszka z nimi. Jeden właśnie układa sobie życie po powrocie z wojska, a mój drugi host brat ma zespół Downa i dlatego mieszka z rodzicami. Dzielenie z nim domu to kolejne ciekawe doświadczenie, fajnie było zobaczyć, jak żyją takie osoby – to normalni, interesujący ludzie, a mój host brat to świetny chłopak, tęsknie za nim, zżyliśmy się bardzo. Reszta rodziny często przyjeżdżała w odwiedziny, więc w naturalny sposób poznałem wszystkich. Po moim powrocie mamy kontakt, wiem też, że jest u nich już kolejny uczeń z wymiany. Chciałbym ich kiedyś znowu odwiedzić, może podczas road tripu po USA, o którym teraz marzę.

img_4865-1

 

DD: A jak wyglądała Twoja szkoła? Czy gościła wiele osób z wymian uczniowskich?

GJ: Szkoła znajdowała się w miejscowości obok, dojeżdżałem do niej tym klasycznym żółtym autobusem. Jest kameralna, uczyło się tam może 120 osób w tym dwie z wymiany: ja i dziewczyna z Włoch. Uczniowie zza granicy są tam co roku, szkoły trochę o nas zabiegają. W całym stanie było nas około 20 osób. Byłem tam pierwszym Polakiem, wiele osób pytało, co to za kraj i gdzie on w ogóle leży.

DD: Czy nauka różni się od tej w polskim gimnazjum? I czy była inna dla Ciebie jako FLEXera?

Nie miałem żadnych forów w szkole, nawet na angielskim. Na początku musiałem się więc nawet bardziej starać, ale jak się podciągnąłem, to nieraz miałem lepsze stopnie od Amerykanów. Przedmioty można wybrać, pomagała mi w tym pani dyrektor. Są lekcje wymagane, takie jak matematyka, angielski i sport, plus historia USA obowiązkowa dla uczniów z wymiany. Chodziłem też na informatykę, historię świata i tzw. current events – mój ulubiony przedmiot, na którym uczyliśmy się o tym, co się aktualnie dzieje na świecie, mieliśmy debaty i dużo fajnych projektów. Plan można zmienić po semestrze, ale ja tego nie zrobiłem. W mojej szkole panował system punktowo-procentowy. Za każdą aktywność, test czy zadanie domowe przyznawano punkty. Oceny wynikały z podziału zdobytych punktów przez ich maksymalną liczbę do zdobycia. Codziennie dostawaliśmy zadania domowe, które zawsze sprawdzano. Dużo pracowaliśmy na klasowym portalu Google, mało pisaliśmy, większość rzeczy robiliśmy online. Każdy uczeń na początku nauki dostał komputer. W szkole bardzo ważny jest sport, dla amerykańskich uczniów to często szansa na przyszłość i studia. Dołączałem do szkolnych drużyn koszykówki i baseballa, w którym się zakochałem. Może wydawać się dziwny, bardzo statyczny, ale wymaga siły i precyzji. Na ostatnim honorowym meczu byłem miotaczem, przez cały sezon męczyłem o to trenera. To był mój sukces i najpiękniejsze wspomnienie.

DD: Jak spędzałeś czas po lekcjach w otoczeniu tak innym od wielkiego miasta, z którego pochodzisz? Czy łatwo Ci było znaleźć towarzystwo?

 

Na spotkaniu przygotowującym do wyjazdu powiedziano nam, że Amerykanie są jak brzoskwinie – wydają się miękcy i mili, na początku łatwo nawiązać kontakty, ale potem jest twardo i trudniej o prawdziwych przyjaciół. Po jakimś czasie znalazłem jednak swoich bliższych „ziomeczków”, głównie dzięki sportowi. Po szkole w ciągu roku są treningi, odbywają się 6 razy w tygodniu, trwają po kilka godzin, czasem rozgrywa się też mecze. W mojej miejscowości był kościół i stacja benzynowa, więc po większe rozrywki trzeba było jechać dalej. Wszędzie trzeba jeździć – to może być uciążliwe, bo zawsze trzeba polegać na kimś, kto ma auto, a nie można tego ciągle wymagać od host rodziny.

Jako FLEXer miałem też zrobić około 40 godzin pracy wolontariackiej. Ja organizowałem zabawy dla dzieci w pobliskim kościele. Wolontariat ma na celu uczestnictwo w życiu społeczności lokalnej, zżycie się z nią.

DD: Co poza tą pracą dałeś mieszkańcom Twojej miejscowości? Czy myślisz, że coś zmieniłeś w ich życiu?

 

GJ: Mieszkańcy Fairview dowiedzieli się na pewno, gdzie jest Polska, miałem kilka spotkań i prezentacji, odpowiadałem na wiele pytań. Nauczyli się także robić polskie jedzenie, przygotowali ciasto i pierogi, żebym poczuł się jak w domu.

DD: Co FLEX Program zmienił w Tobie, Twoim otoczeniu, planach na przyszłość?

 

GJ: Podłapałem tzw. amerykańskiego ducha: w USA ludzie, zwłaszcza w małych społecznościach, są dla siebie niezwykle uprzejmi, otwarci, pomocni, uśmiechają się. Staram się być teraz taki w Polsce. Póki co działa. Rusza teraz FLEX Alumni Program – część dla absolwentów, w której promujemy FLEX Program, ale i będziemy realizować projekty dla naszych lokalnych społeczności. Będąc w Stanach zobaczyłem też, że w Polsce jest fajnie. Mój Wrocław jest super, w Polsce jest tyle rzeczy do zrobienia, że jeszcze każdy może odnieść sukces. Mamy dużo możliwości, niezłe szkoły, zdolną młodzież. W USA sprecyzowałem moje zainteresowania historią, naukami społecznymi. Niekoniecznie muszę jechać na studia do Stanów, ale na pewno mam bardziej otwarte okno na świat. Wiem, że mam duże możliwości i nie widzę dla siebie barier.

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji ?
Zrobisz to wypełniając poniższy formularz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *