Prezentacja Pisma
› 16. Cogito a w nim:
Za granicą: Przygoda w Linköpings Universitet
redakcja
- artukuł dodany
2008-09-30 15:55
0
180
W Szwecji nie można wykpić się od mandatu na tzw. „biednego studenta”. Po pierwsze – ulgowo traktowani są wszyscy młodzi ludzie do 26 roku życia, niezależnie od tego, czy się uczą, czy nie. Po drugie, w Szwecji istnieje naprawdę sprawny program stypendiów studenckich. Nikt nie uwierzy, że student może być biedny.
Karolina Apiecionek
Marcin Janiszewski studiuje mechanikę i budowę maszyn na Politechnice Warszawskiej. Wyjazd na Erasmusa wymyślił kolega z roku, pasjonujący się językiem szwedzkim. Dla Marcina, oprócz wartości poznawczych, wyjazd miał także charakter testu samodzielności – Chciałem zobaczyć czy sam dam sobie radę z organizacją mieszkania, jedzenia, życia – mówi. Pod koniec III roku nauki zaczął gromadzić potrzebną dokumentację. Na tym etapie zaskoczyła go skostniałość biurokratycznej struktury – Mnóstwo papierków, podpisów, latania po ludziach – wspomina – Kontakt mailowy praktycznie nie istnieje. Dokumentów było około siedmiu, każdy wymagał średnio czterech podpisów. Ich zebranie trwało dwa miesiące. Początkowo Marcin planował wyjazd tylko na jeden semestr nauki. W trakcie programu zdecydował jednak, że zostanie także na drugi.
Student szwedzki
Marcin miał do wyboru dwie szwedzkie uczelnie w Malmö i Linköping.
Wybrał jeden z wiodących Uniwersytetów technicznych w Linköping. Z Warszawy, wraz z czterema kolegami, poleciał do Sztokholmu. – Zwykły autobus z lotniska wyglądał jak polski autokar wycieczkowy wysokiej klasy – mówi Marcin. Pierwsze na co zwrócił uwagę, to przestrzeń. – Patrzę, a tu dookoła same lasy – wspomina chłopak – W Polsce, gdzie byś nie pojechał, nie ma takiej przestrzeni. Pierwszego dnia nauki przekonał się jednak, że cena, jaką trzeba zapłacić za zapierające dech w piersiach widoki, to niesamowite odległości. Drugiego dnia zaopatrzył się w rower, którym codziennie dojeżdżał do szkoły.
Mile zaskoczył go akademik. Pokoje studenckie w Szwecji ułożone są w tzw. "corridory", czyli osiem pojedynczych pokoi z łazienką i salonem po środku. – Każdy, kto pojedzie, dowie się co znaczy "corridor party" – uśmiecha się Marcin. Duży minus stanowi jednak cena za pokój w akademiku - koszt miesięczny to około 1000 zł. – Cały mój grant poszedłby na akademik – mówi. Po miesiącu, wraz z kolegami, wynajął samodzielne mieszkanie.
Marcin musiał wyrobić 30 punktów ECT. W Szwecji było to jednak łatwiejsze niż w Polsce. – Tam kursy są warte średnio o dwa punkty więcej, ponieważ prowadzone są w języku angielskim – tłumaczy. Nauka w Szwecji jest bardzo komfortowa. Studenci zapisują się na kursy półroczne, każdy egzamin trwa cztery godziny – Jest dużo czasu na przygotowanie i systematyczną naukę – zapewnia chłopak. Zajęcia odbywają się w czterech dwugodzinnych blokach. Od 12 do 13 studenci mają lunch break, wieczorami uczestniczą się w laboratoriach.
Po zajęciach czas na odpoczynek. W Linköping zarówno uczelnia, jak i akademiki zlokalizowane są na obrzeżach miasta. W środku Campusu znajduje się duży grill do organizowania sobie imprez, pole do gry w siatkówkę, oraz klub studencki. To, co zaskoczyło polskiego studenta, to stosunkowo wczesna pora zamykania dyskotek oraz dość monotonna muzyka w klubach.
Ciekawym przeżyciem była wycieczka na koło podbiegunowe do Kiruny. Tam miał okazję pojeździć psim zaprzęgiem, a także zobaczyć zorzę polarną – Kiedyś zabiorę tam swoją żonę i dzieci – mówi Marcin.
Pracownik szwedzki
W ramach jednego z kursów Marcin musiał odbyć praktyki. Zadanie polegał na tym, że musiał znaleźć firmę i wykorzystać techniki badawcze poznane na kursie – Firmę trzeba było znaleźć na własną rękę – wspomina – Było to równoznaczne z szukaniem pracy. Grupa Marcina dostała kontakt od wykładowcy do firmy produkującej sprzęgła. Szybko rozpoczęli badania. Producent dostarczał firmie tanie, ale wadliwe materiały. – Użyliśmy technik badawczych poznanych na kursie, wybraliśmy się do producenta i pokazaliśmy mu co robią źle – mówi chłopak – Byli naprawdę zdziwieni, ale w końcu przyznali nam rację. Praktyki trwały około miesiąca, po ich odbyciu przygotowali obszerny raport, zawierający wnioski z wykonanego zadania – To był jeden z najlepszych kursów jakie miałem – zaznacza – Poznajesz wiedzę i od razu masz możliwość wykorzystania jej w praktyce. Szwedzkie przedsiębiorstwo zrobiło na nim dobre wrażenie. Hale produkcyjne są nowe i czyste. Praca odbywa się w grupach, tworzących określone zespoły. Panuje porządek i jasny podział obowiązków.
Szwedzi są bardzo mili, choć spokojni i powściągliwi. Zapytani o radę zawsze pomogą, jednak sami nie szukają kontaktu z obcymi. Ciężko jest także poćwiczyć szwedzki, gdyż wszyscy płynnie mówią po angielsku i szybko przechodzą na ten język słysząc cudzoziemca. Pracownicy są zadbani, uśmiechnięci, adekwatni. Widać, że chce im się pracować i robią to z przyjemnością – To jest też taka kwestia, że oni naprawdę sporo zarabiają – tłumaczy Marcin.
Najciekawszym kursem okazał się ten z wiedzy o samolotach. – W życiu nie miałem styczności z samolotami, dlatego zapisałem się na kurs podstawowy – mówi Marcin. Studenci musieli przepracować 24 godziny tygodniowo. Kartę pracy wypełniali w Internecie. Codziennie wpisywali ilość przepracowanych godzin i zadania, które wykonali danego dnia. Marcin pracował także nocami. W nocy było mniej osób, mógł więc pracować w ciszy i spokoju. Od 12 do 13 także w pracy obowiązuje lunch break. – Wybija punkt 12, a Szwed rzuca młotek na stół i idzie na przerwę. Nie ma w tym nic dziwnego, że resztę pracy wykona po obiedzie – tłumaczy chłopak. W tym czasie można także poćwiczyć na siłowni, czy pograć w tenisa. O 17 jest obowiązkowa przerwa na kawę. W niektórych firmach pracodawca zapewnia także wspólne śniadania.
O tym, jaka jest Szwecja, jak tu się mieszka i studiuje dowiecie się po lekturze 16. Cogito.
Karolina Apiecionek
Marcin Janiszewski studiuje mechanikę i budowę maszyn na Politechnice Warszawskiej. Wyjazd na Erasmusa wymyślił kolega z roku, pasjonujący się językiem szwedzkim. Dla Marcina, oprócz wartości poznawczych, wyjazd miał także charakter testu samodzielności – Chciałem zobaczyć czy sam dam sobie radę z organizacją mieszkania, jedzenia, życia – mówi. Pod koniec III roku nauki zaczął gromadzić potrzebną dokumentację. Na tym etapie zaskoczyła go skostniałość biurokratycznej struktury – Mnóstwo papierków, podpisów, latania po ludziach – wspomina – Kontakt mailowy praktycznie nie istnieje. Dokumentów było około siedmiu, każdy wymagał średnio czterech podpisów. Ich zebranie trwało dwa miesiące. Początkowo Marcin planował wyjazd tylko na jeden semestr nauki. W trakcie programu zdecydował jednak, że zostanie także na drugi.
Student szwedzki
Marcin miał do wyboru dwie szwedzkie uczelnie w Malmö i Linköping.
Wybrał jeden z wiodących Uniwersytetów technicznych w Linköping. Z Warszawy, wraz z czterema kolegami, poleciał do Sztokholmu. – Zwykły autobus z lotniska wyglądał jak polski autokar wycieczkowy wysokiej klasy – mówi Marcin. Pierwsze na co zwrócił uwagę, to przestrzeń. – Patrzę, a tu dookoła same lasy – wspomina chłopak – W Polsce, gdzie byś nie pojechał, nie ma takiej przestrzeni. Pierwszego dnia nauki przekonał się jednak, że cena, jaką trzeba zapłacić za zapierające dech w piersiach widoki, to niesamowite odległości. Drugiego dnia zaopatrzył się w rower, którym codziennie dojeżdżał do szkoły.
Mile zaskoczył go akademik. Pokoje studenckie w Szwecji ułożone są w tzw. "corridory", czyli osiem pojedynczych pokoi z łazienką i salonem po środku. – Każdy, kto pojedzie, dowie się co znaczy "corridor party" – uśmiecha się Marcin. Duży minus stanowi jednak cena za pokój w akademiku - koszt miesięczny to około 1000 zł. – Cały mój grant poszedłby na akademik – mówi. Po miesiącu, wraz z kolegami, wynajął samodzielne mieszkanie.
Marcin musiał wyrobić 30 punktów ECT. W Szwecji było to jednak łatwiejsze niż w Polsce. – Tam kursy są warte średnio o dwa punkty więcej, ponieważ prowadzone są w języku angielskim – tłumaczy. Nauka w Szwecji jest bardzo komfortowa. Studenci zapisują się na kursy półroczne, każdy egzamin trwa cztery godziny – Jest dużo czasu na przygotowanie i systematyczną naukę – zapewnia chłopak. Zajęcia odbywają się w czterech dwugodzinnych blokach. Od 12 do 13 studenci mają lunch break, wieczorami uczestniczą się w laboratoriach.
Po zajęciach czas na odpoczynek. W Linköping zarówno uczelnia, jak i akademiki zlokalizowane są na obrzeżach miasta. W środku Campusu znajduje się duży grill do organizowania sobie imprez, pole do gry w siatkówkę, oraz klub studencki. To, co zaskoczyło polskiego studenta, to stosunkowo wczesna pora zamykania dyskotek oraz dość monotonna muzyka w klubach.
Ciekawym przeżyciem była wycieczka na koło podbiegunowe do Kiruny. Tam miał okazję pojeździć psim zaprzęgiem, a także zobaczyć zorzę polarną – Kiedyś zabiorę tam swoją żonę i dzieci – mówi Marcin.
Pracownik szwedzki
W ramach jednego z kursów Marcin musiał odbyć praktyki. Zadanie polegał na tym, że musiał znaleźć firmę i wykorzystać techniki badawcze poznane na kursie – Firmę trzeba było znaleźć na własną rękę – wspomina – Było to równoznaczne z szukaniem pracy. Grupa Marcina dostała kontakt od wykładowcy do firmy produkującej sprzęgła. Szybko rozpoczęli badania. Producent dostarczał firmie tanie, ale wadliwe materiały. – Użyliśmy technik badawczych poznanych na kursie, wybraliśmy się do producenta i pokazaliśmy mu co robią źle – mówi chłopak – Byli naprawdę zdziwieni, ale w końcu przyznali nam rację. Praktyki trwały około miesiąca, po ich odbyciu przygotowali obszerny raport, zawierający wnioski z wykonanego zadania – To był jeden z najlepszych kursów jakie miałem – zaznacza – Poznajesz wiedzę i od razu masz możliwość wykorzystania jej w praktyce. Szwedzkie przedsiębiorstwo zrobiło na nim dobre wrażenie. Hale produkcyjne są nowe i czyste. Praca odbywa się w grupach, tworzących określone zespoły. Panuje porządek i jasny podział obowiązków.
Szwedzi są bardzo mili, choć spokojni i powściągliwi. Zapytani o radę zawsze pomogą, jednak sami nie szukają kontaktu z obcymi. Ciężko jest także poćwiczyć szwedzki, gdyż wszyscy płynnie mówią po angielsku i szybko przechodzą na ten język słysząc cudzoziemca. Pracownicy są zadbani, uśmiechnięci, adekwatni. Widać, że chce im się pracować i robią to z przyjemnością – To jest też taka kwestia, że oni naprawdę sporo zarabiają – tłumaczy Marcin.
Najciekawszym kursem okazał się ten z wiedzy o samolotach. – W życiu nie miałem styczności z samolotami, dlatego zapisałem się na kurs podstawowy – mówi Marcin. Studenci musieli przepracować 24 godziny tygodniowo. Kartę pracy wypełniali w Internecie. Codziennie wpisywali ilość przepracowanych godzin i zadania, które wykonali danego dnia. Marcin pracował także nocami. W nocy było mniej osób, mógł więc pracować w ciszy i spokoju. Od 12 do 13 także w pracy obowiązuje lunch break. – Wybija punkt 12, a Szwed rzuca młotek na stół i idzie na przerwę. Nie ma w tym nic dziwnego, że resztę pracy wykona po obiedzie – tłumaczy chłopak. W tym czasie można także poćwiczyć na siłowni, czy pograć w tenisa. O 17 jest obowiązkowa przerwa na kawę. W niektórych firmach pracodawca zapewnia także wspólne śniadania.
O tym, jaka jest Szwecja, jak tu się mieszka i studiuje dowiecie się po lekturze 16. Cogito.














