BezRadny?
MiloszStojko - artukuł dodany 2008-11-13 14:27
3
4.7
154
Jest to reportaż na temat "samorządności" młodych ludzi. Zawarłem w nim historię mojej przygody z regionalną polityką. Sami oceńcie czy ta przygoda była godna moich starań i pokładanych nadzieii?
Dokładnie dwa lata temu z zapałem wystartowałem w wyborach do Młodzieżowej Rady Miasta. Miałem wielkie plany. Moja kampania przedwyborcza była bardzo huczna, wielkie plakaty i ulotki. Uważałem, że dużo da się zrobić. Ludzie byli tak pozytywnie nastawieni. Udało się. Z druzgocącą przewagą wygrałem wybory. Gdy się o tym dowiedziałem, w głowie miałem tylko jedną myśl: "Ludzie właśnie mi zaufali". W żaden sposób nie przygniatała mnie presja wydarzenia, ponieważ myślałem, że wchodzę do organizacji młodzieżowej, która ma wielkie cele i podobne aspiracje jak ja.
Gdy dostałem pierwszy list od poprzedniego przewodniczącego rady miasta z zaproszeniem na inauguracyjne zabranie, byłem bardzo podekscytowany. W głowie huczały mi tylko słowa: "Zapraszam Pana Radnego". Jak dumnie to wtedy brzmiało.
Na tym pierwszym zebraniu było bardzo miło. Wszystkich wprawdzie interesowało jedno - wybory na "stanowiska", ale atmosfera dopisywała. Myślę, że każdy chciał zostać w Sali Rajców miejskiego Ratusza jak najdłużej i jak najlepiej poznać kolegów i koleżanki z rady. Po tym bardzo owocnym spotkaniu, które utwierdziło mnie w moich już powyborczych przekonaniach, z niecierpliwością oczekiwałem na następne.
Po dwóch tygodniach przyszedł drugi list. Nie było w nim niestety zaproszenia, lecz zawiadomienie o sesji rady, nie było tam także ani jednej wzmianki o "Panie Radnym". Ale to mnie wcale nie zniechęciło. Przyszedłem na posiedzenie. Nikt już nie myślał o ogóle, tylko o sobie. Każdy głosował, jakby ktoś go do tego zmuszał lub ktoś nim kierował. Wszyscy ze sobą walczyli, całe szczęście, że tylko na słowa. Sytuacja wyjaśniła się, gdy porozmawiałem z jedynym przyjaźnie nastawionym do mnie radnym. Okazało się, że ci młodzi ludzie reprezentują przeciwne wobec siebie młodzieżówki partii politycznym i za zadanie mają wzajemnie się zwalczać. Gdy chciałem pomówić o tym z Przewodniczącą Rady, ona nawet nie chciała ze mną rozmawiać. Nie trudno było się domyślić, że ona też jest w jednym z ugrupowań. Jakimś cudem na następnym spotkaniu udało mi się "wykraść" Statut Rady. Przewertowałem cały i znalazłem zapis mówiący o tym, że: "Żaden członek Młodzieżowej Rady Miasta nie może zapisać się do partii politycznej".
Szczerze mówiąc liczyłem, że tego tam nie znajdę. Nie myślałem, że na samym początku urzędowania dowiem się, że większość radnych działa niezgodnie z prawem, które zostało przez nich samych wcześniej przegłosowane. Byłem zdruzgotany, lecz postanowiłem z tym walczyć. Zacząłem od zaproponowania wcześniej poznanemu koledze współpracy w zakresie przezwyciężania tego bezprawia. Niestety on nie chciał. Wielokrotnie rozmawiałem z najbardziej zagorzałymi "partyjniakami". Oni nigdy mnie nie słuchali, jak twierdzili: "Twoje argumenty... Więc zwróciłem się do opiekuna rady z prośbą o pomoc, była to jedyna osoba, która wtedy pozytywnie zareagowała. Mimo że za jego słowami nie szły czyny, to doceniłem go za poważną rozmowę, która przeprowadził z całą radą.
Liczyłem, że to będzie koniec kłótni w radzie i wszystko raz jeszcze zacznie się od nowa. O jakże się myliłem. Kolejne plany rady spełzły na niczym. Radnych nie było tam, gdzie powinni być. A najbardziej nieudanym krokiem było założenie strony internetowej Młodzieżowej Rady Miasta. Wszyscy, którzy wchodzili na nią, wyzywali nas i ubliżali opiekunowi. Z każdym kolejnym spotkaniem było coraz gorzej, padały kolejne oskarżenia o kradzież pieniędzy rady oraz o nierzetelność w wykonywaniu różnych funkcji. Byłem załamany tym wszystkim. Chyba przegrałem, bo postanowiłem przemilczeć wiele złych rzeczy które zauważałem. Sam nie mogłem nic zdziałać wśród tylu nieprzychylnych mi ludzi.
Dziś mijają dwa lata odkąd jestem radnym. Nic się nadal nie zmieniało. Wszystko trwa jak dawniej. Myślę, że nic już się nie zmieni. Ale przecież ci młodzi ludzie wyrosną kiedyś na polityków. Czy tak samo jak nie umieli radzić sobie ze stanowiskiem radnego, nie poradzą sobie z rządzeniem Polska? Kto zawinił w tym przypadku. Takie pytanie mógłby sobie zadać każdy. Wszyscy jesteśmy tak samo odpowiedzialni za przegraną systemu demokratycznego, który akurat tych ludzi związał na jedną kadencję. Na nich jednak nie kończy się ta historia, przecież na ich miejsce przyjdą następni. Co pokażą? Ile zdziałają? Jak się zaprezentują? Czy będą silni i uczciwi? Oby byli lepsi od swoich poprzedników. W tej chwili mogę powiedzieć o sobie krótko! Bezradny?
Dokładnie dwa lata temu z zapałem wystartowałem w wyborach do Młodzieżowej Rady Miasta. Miałem wielkie plany. Moja kampania przedwyborcza była bardzo huczna, wielkie plakaty i ulotki. Uważałem, że dużo da się zrobić. Ludzie byli tak pozytywnie nastawieni. Udało się. Z druzgocącą przewagą wygrałem wybory. Gdy się o tym dowiedziałem, w głowie miałem tylko jedną myśl: "Ludzie właśnie mi zaufali". W żaden sposób nie przygniatała mnie presja wydarzenia, ponieważ myślałem, że wchodzę do organizacji młodzieżowej, która ma wielkie cele i podobne aspiracje jak ja.
Gdy dostałem pierwszy list od poprzedniego przewodniczącego rady miasta z zaproszeniem na inauguracyjne zabranie, byłem bardzo podekscytowany. W głowie huczały mi tylko słowa: "Zapraszam Pana Radnego". Jak dumnie to wtedy brzmiało.
Na tym pierwszym zebraniu było bardzo miło. Wszystkich wprawdzie interesowało jedno - wybory na "stanowiska", ale atmosfera dopisywała. Myślę, że każdy chciał zostać w Sali Rajców miejskiego Ratusza jak najdłużej i jak najlepiej poznać kolegów i koleżanki z rady. Po tym bardzo owocnym spotkaniu, które utwierdziło mnie w moich już powyborczych przekonaniach, z niecierpliwością oczekiwałem na następne.
Po dwóch tygodniach przyszedł drugi list. Nie było w nim niestety zaproszenia, lecz zawiadomienie o sesji rady, nie było tam także ani jednej wzmianki o "Panie Radnym". Ale to mnie wcale nie zniechęciło. Przyszedłem na posiedzenie. Nikt już nie myślał o ogóle, tylko o sobie. Każdy głosował, jakby ktoś go do tego zmuszał lub ktoś nim kierował. Wszyscy ze sobą walczyli, całe szczęście, że tylko na słowa. Sytuacja wyjaśniła się, gdy porozmawiałem z jedynym przyjaźnie nastawionym do mnie radnym. Okazało się, że ci młodzi ludzie reprezentują przeciwne wobec siebie młodzieżówki partii politycznym i za zadanie mają wzajemnie się zwalczać. Gdy chciałem pomówić o tym z Przewodniczącą Rady, ona nawet nie chciała ze mną rozmawiać. Nie trudno było się domyślić, że ona też jest w jednym z ugrupowań. Jakimś cudem na następnym spotkaniu udało mi się "wykraść" Statut Rady. Przewertowałem cały i znalazłem zapis mówiący o tym, że: "Żaden członek Młodzieżowej Rady Miasta nie może zapisać się do partii politycznej".
Szczerze mówiąc liczyłem, że tego tam nie znajdę. Nie myślałem, że na samym początku urzędowania dowiem się, że większość radnych działa niezgodnie z prawem, które zostało przez nich samych wcześniej przegłosowane. Byłem zdruzgotany, lecz postanowiłem z tym walczyć. Zacząłem od zaproponowania wcześniej poznanemu koledze współpracy w zakresie przezwyciężania tego bezprawia. Niestety on nie chciał. Wielokrotnie rozmawiałem z najbardziej zagorzałymi "partyjniakami". Oni nigdy mnie nie słuchali, jak twierdzili: "Twoje argumenty... Więc zwróciłem się do opiekuna rady z prośbą o pomoc, była to jedyna osoba, która wtedy pozytywnie zareagowała. Mimo że za jego słowami nie szły czyny, to doceniłem go za poważną rozmowę, która przeprowadził z całą radą.
Liczyłem, że to będzie koniec kłótni w radzie i wszystko raz jeszcze zacznie się od nowa. O jakże się myliłem. Kolejne plany rady spełzły na niczym. Radnych nie było tam, gdzie powinni być. A najbardziej nieudanym krokiem było założenie strony internetowej Młodzieżowej Rady Miasta. Wszyscy, którzy wchodzili na nią, wyzywali nas i ubliżali opiekunowi. Z każdym kolejnym spotkaniem było coraz gorzej, padały kolejne oskarżenia o kradzież pieniędzy rady oraz o nierzetelność w wykonywaniu różnych funkcji. Byłem załamany tym wszystkim. Chyba przegrałem, bo postanowiłem przemilczeć wiele złych rzeczy które zauważałem. Sam nie mogłem nic zdziałać wśród tylu nieprzychylnych mi ludzi.
Dziś mijają dwa lata odkąd jestem radnym. Nic się nadal nie zmieniało. Wszystko trwa jak dawniej. Myślę, że nic już się nie zmieni. Ale przecież ci młodzi ludzie wyrosną kiedyś na polityków. Czy tak samo jak nie umieli radzić sobie ze stanowiskiem radnego, nie poradzą sobie z rządzeniem Polska? Kto zawinił w tym przypadku. Takie pytanie mógłby sobie zadać każdy. Wszyscy jesteśmy tak samo odpowiedzialni za przegraną systemu demokratycznego, który akurat tych ludzi związał na jedną kadencję. Na nich jednak nie kończy się ta historia, przecież na ich miejsce przyjdą następni. Co pokażą? Ile zdziałają? Jak się zaprezentują? Czy będą silni i uczciwi? Oby byli lepsi od swoich poprzedników. W tej chwili mogę powiedzieć o sobie krótko! Bezradny?

















Niestety w tekście pojawiło się kilka błędów, a ja jestem na nie bardzo wyczulona ;).