"To ja ją zabiłam!"
emiko91 - artukuł dodany 2008-10-08 10:04
11
4.4
1294
Depresja i ból po stracie bliskiej osoby mogą całkowicie zmienić życie człowieka. A nawet je zabrać...
Otworzyła oczy. Zobaczyła biel.
- Czy jestem w niebie? – Pomyślała, ale gdy usłyszała głos swojego ojca stwierdziła, że jednak nie.
– No tak, niegrzeczne dziewczynki, które odbierają sobie życie nie idą do nieba, zostają zesłane z powrotem do piekła, jakim jest życie.
Dla pewności jednak spojrzała na nadgarstki. Przewiązane bandażem. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości. Żyje. Niestety.
Do sali wszedł ojciec. Usiadł na brzegu łóżka. Ania ze zdziwieniem stwierdziła, że w ciągu tych kilku godzin jakby postarzał się o 10 lat.
- Aniu, dlaczego to zrobiłaś? Brakowało ci czegoś? Wiem, że za dużo nie ma mnie w domu, ale przecież sama wiesz jak jest. Muszę pracować, aby zapewnić tobie to, czego potrzebujesz. Wiem, że nie zastąpię ci mamy, ale…
- Tato! - Ania krzyknęła - to nie twoja wina! To wszystko moja wina, bo…
- Ależ dziecko, co ty mówisz?
- To wszystko przeze mnie, to przeze mnie mama zginęła i to dlatego chciałam… ale ona mnie tam nie chce…
- Nie mów tak…
- Ale to prawda - Ania zaczęła płakać
Wróciła wspomnieniami do tamtych wydarzeń sprzed pół roku…
***
- Anuś, kochanie! Idź do sklepu po chleb – zawołała mama
- Super - pomyślała Ania nakładając jednocześnie słuchawki na uszy. – Najpierw robi mi półgodzinne kazanie zakończone kłótnią a teraz "Anuś, kochanie". Niech spada, nigdzie nie idę, w końcu mam się uczyć.
W tym momencie do pokoju weszła jej mama
- Ania – zaczęła z wyrzutem w głosie – ile mam cię wołać?
Podeszła i zdjęła jej słuchawki z uszu. – Czy ty mnie w ogóle słyszysz? I chyba miałaś się uczyć a nie słuchać muzyki?
- Oj, no dobra, już się uczę – odpowiedziała z pretensją – A po chleb idź sama. W końcu ja się muszę uczyć.
- Nie uczyłaś się, więc proszę cię, idź po chleb.
- Elektrolity są to roztwory wodne soli, kwasów i zasad… - Ania zaczęła na głos powtarzać notatkę z chemii.
- Dobra nie będę się z tobą kłóciła o chleb, ale jak chcesz zjeść dziś kolację to kup go sobie sama, bo tego, co ja kupię nie dostaniesz.
Mama zdenerwowana wyszła z pokoju. Ania miała tę metodę wyćwiczoną do perfekcji. Zazwyczaj, gdy mama czegoś od niej chciała, Ania zaczynała się uczyć głośno powtarzając notatki. A jak raz nie zje kolacji, to nic się nie stanie.
***
Mamy nie było już pół godziny.
- Co ona tak długo robi w tym sklepie? Powinna już dawno być, przecież szła tylko po chleb. Chyba nic się jej nie stało? A jeśli się jednak stało? Nie, no co może być niebezpiecznego w drodze do sklepu, który jest dwie ulice dalej? – Ania starała się uspokoić i wtedy przypomniała sobie o drzewie. Rosło na chodniku po jednej ze stron ulicy, zaraz przy pasach. Skutecznie zasłaniało widoczność i jeśli ktoś przy oglądaniu się na boki nie wychylił się, mógł nie zobaczyć nadjeżdżającego samochodu.
- Nie chyba nie wpadłaby pod samochód. Ale przecież ona wyszła z domu strasznie wkurzona, mogła w ogóle się nie rozglądać na pasach. Dobra idę tam.
Ania złapała płaszcz i wybiegła z domu. Biegła tak szybko jak tylko mogła. Już z daleka widziała tłum ludzi, policję i tira. Jeden policjant spisywał zeznania świadków inny rozmawiał z kierowcą tira. Ania zauważyła też dużą plamę krwi na chodniku. Podeszła do jednej z kobiet.
- Przepraszam wie pani, co się tu stało?
- A, kobieta jedna pod tira wpadła.
- O boże! - Ania zachwiała się lekko – Jak wyglądała?
- Taka na oko czterdziestoletnia, i włosy takie jasne i długie, zupełnie jak pani włosy.
- A do jakiego szpitala ją zawieźli?
- Na Orlej.
- Aha dziękuje.
Ania teraz biegła na przystanek. Autobus nadjechał punktualnie, ale na mieście o tej godzinie były straszne korki.
- Cholera, szybciej – mówiła w myślach, jednocześnie dzwoniąc do ojca – błagam, odbierz ten telefon! No tak, znów ma wyłączoną komórkę…
Po godzinie dotarła do szpitala. Jak burza wpadła na izbę przyjęć.
- Gdzie jest moja mama? Przywieźli ją z wypadku, Kamila Płomyk.
- Pani jest córką tej kobiety potrąconej przez tira? – Spytał się lekarz, który właśnie nadszedł.
Ania potaknęła ruchem głowy.
- Przykro mi, ale pani mama nie żyje.
***
Kamila obudziła się na kozetce w dyżurce.
- Co się stało?
- Zemdlałaś - odpowiedziała pielęgniarka
Ania nagle przypomniała sobie, co się stało.
- To wszystko moja wina – myślała. – Mogłam pójść po ten cholerny chleb, wtedy on by żyła! To ja ją zabiłam!
Wtedy do dyżurki wpadł jej ojciec. Jego przerażona mina mówiła sama za siebie. Wiedział.
***
Z kilku dni przed i po pogrzebie pamięta tylko płacz. Swój i ojca.
***
Ojciec szybko się pozbierał. Wrócił do pracy. Coraz częściej zaczął wracać do domu krótko przed północą. W końcu prawie przestała go widywać.
Ona też w końcu jakoś doszła do siebie. Musiała wrócić do szkoły, do normalnego życia. Jednak cały czas nie mogła sobie wybaczyć tego, że to przez nią. Dręczyły ją koszmary i wyrzuty sumienia. Chciała z kimś pogadać, ale nie miała z kim. Ojciec wracał późno z pracy i zawsze był zmęczony. Jedna babcia mieszkała nad morzem, druga w górach a ona w Warszawie, więc z nimi też nie miała jak pogadać.
Telefon odpadał, bo to po prostu nie jest rozmowa na telefon. Z dalszą rodziną nie chciała rozmawiać. W końcu doszła do wniosku, że jedynym rozwiązaniem będzie śmierć. Zabiła matkę, więc teraz zabije siebie. Sprawiedliwa kara.
***
Nie planowała tego. Po prostu pewnego dnia weszła do kuchni i jej wzrok padł na fartuch, który mama ubierała, gdy robiła racuchy. Zawsze była wtedy taka wesoła. Teraz ten fartuch wisiał na wieszaku do ręczników. Znów poczuła ten ból i wyrzuty sumienia. Była godzina 20. Wiedziała, że ojciec najszybciej będzie kilka minut po 23. Podeszła do blatu, na którym stał stojak do noży. Wzięła największy nóż. Tata ostatnio jej mówił, żeby uważała z nim, bo nóż niedawno naostrzył. Przyłożyła go do skóry. Trzęsły się jej ręce. Obleciał ją strach, ale wiedziała, że musi to zrobić. Przejechała nożem po nadgarstku. Boli. Cholernie boli. Zaczęła jej krew pulsować i ściekać na podłogę. Osunęła się na podłogę. Jedyne, co jeszcze zapamiętała to zgrzyt klucza w zamku i radosne - "Córeczko, udało mi się wrócić wcześniej!".
***
- To dlatego, że nie poszłam po ten chleb. Najpierw pokłóciłam się z mamą, potem ona chciała, żebym poszła do sklepu. Ale ja nie chciałam i znów się pokłóciłyśmy. Ona wtedy wyszła zdenerwowana. To przeze mnie! – Ania zaniosła się płaczem.
– A wiesz, co jest najgorsze? To, że rozstałyśmy się w gniewie. Ona myślała, że ja ją nienawidzę, a tak naprawdę ja ją przecież kocham. I dlatego, że ona myśli, że ja ją nienawidzę to mnie teraz tam nie chce!!!
- Aniu, to naprawdę nie twoja wina. Widocznie tak musiało być. I mama na pewno wiedziała, że ją kochasz. Ona też cię kocha i to dlatego chce byś żyła. – Zaczął tłumaczyć jej ojciec. – Ja wiem, że ostatnio nie byłem wzorowym ojcem. Prawdę mówiąc trochę uciekałem z domu. Tam wszystko przypomina mamę. Nawet ty jesteś do niej taka podobna. Ale obiecuje, że się zmienię. Mamę straciłem, ale ciebie nie mogę.
***
Pół roku później.
Po półrocznej terapii psychologicznej zaczęła w końcu dochodzić do siebie.
Depresja powoli przechodzi. Oczywiście, nie jest tą samą dziewczyną co kiedyś. Cały czas to boli. I nigdy nie przestanie. Bo to ból po starcie najbliższej osoby. Ból po stracie matki.
***
Jeśli drogi Czytelniku ruszyło Cię to opowiadanie, to idź teraz do swoich rodziców. Przytul ich i powiedz, że ich kochasz. Kto wie, kiedy znów będziesz miał okazję…
Otworzyła oczy. Zobaczyła biel.
- Czy jestem w niebie? – Pomyślała, ale gdy usłyszała głos swojego ojca stwierdziła, że jednak nie.
– No tak, niegrzeczne dziewczynki, które odbierają sobie życie nie idą do nieba, zostają zesłane z powrotem do piekła, jakim jest życie.
Dla pewności jednak spojrzała na nadgarstki. Przewiązane bandażem. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości. Żyje. Niestety.
Do sali wszedł ojciec. Usiadł na brzegu łóżka. Ania ze zdziwieniem stwierdziła, że w ciągu tych kilku godzin jakby postarzał się o 10 lat.
- Aniu, dlaczego to zrobiłaś? Brakowało ci czegoś? Wiem, że za dużo nie ma mnie w domu, ale przecież sama wiesz jak jest. Muszę pracować, aby zapewnić tobie to, czego potrzebujesz. Wiem, że nie zastąpię ci mamy, ale…
- Tato! - Ania krzyknęła - to nie twoja wina! To wszystko moja wina, bo…
- Ależ dziecko, co ty mówisz?
- To wszystko przeze mnie, to przeze mnie mama zginęła i to dlatego chciałam… ale ona mnie tam nie chce…
- Nie mów tak…
- Ale to prawda - Ania zaczęła płakać
Wróciła wspomnieniami do tamtych wydarzeń sprzed pół roku…
***
- Anuś, kochanie! Idź do sklepu po chleb – zawołała mama
- Super - pomyślała Ania nakładając jednocześnie słuchawki na uszy. – Najpierw robi mi półgodzinne kazanie zakończone kłótnią a teraz "Anuś, kochanie". Niech spada, nigdzie nie idę, w końcu mam się uczyć.
W tym momencie do pokoju weszła jej mama
- Ania – zaczęła z wyrzutem w głosie – ile mam cię wołać?
Podeszła i zdjęła jej słuchawki z uszu. – Czy ty mnie w ogóle słyszysz? I chyba miałaś się uczyć a nie słuchać muzyki?
- Oj, no dobra, już się uczę – odpowiedziała z pretensją – A po chleb idź sama. W końcu ja się muszę uczyć.
- Nie uczyłaś się, więc proszę cię, idź po chleb.
- Elektrolity są to roztwory wodne soli, kwasów i zasad… - Ania zaczęła na głos powtarzać notatkę z chemii.
- Dobra nie będę się z tobą kłóciła o chleb, ale jak chcesz zjeść dziś kolację to kup go sobie sama, bo tego, co ja kupię nie dostaniesz.
Mama zdenerwowana wyszła z pokoju. Ania miała tę metodę wyćwiczoną do perfekcji. Zazwyczaj, gdy mama czegoś od niej chciała, Ania zaczynała się uczyć głośno powtarzając notatki. A jak raz nie zje kolacji, to nic się nie stanie.
***
Mamy nie było już pół godziny.
- Co ona tak długo robi w tym sklepie? Powinna już dawno być, przecież szła tylko po chleb. Chyba nic się jej nie stało? A jeśli się jednak stało? Nie, no co może być niebezpiecznego w drodze do sklepu, który jest dwie ulice dalej? – Ania starała się uspokoić i wtedy przypomniała sobie o drzewie. Rosło na chodniku po jednej ze stron ulicy, zaraz przy pasach. Skutecznie zasłaniało widoczność i jeśli ktoś przy oglądaniu się na boki nie wychylił się, mógł nie zobaczyć nadjeżdżającego samochodu.
- Nie chyba nie wpadłaby pod samochód. Ale przecież ona wyszła z domu strasznie wkurzona, mogła w ogóle się nie rozglądać na pasach. Dobra idę tam.
Ania złapała płaszcz i wybiegła z domu. Biegła tak szybko jak tylko mogła. Już z daleka widziała tłum ludzi, policję i tira. Jeden policjant spisywał zeznania świadków inny rozmawiał z kierowcą tira. Ania zauważyła też dużą plamę krwi na chodniku. Podeszła do jednej z kobiet.
- Przepraszam wie pani, co się tu stało?
- A, kobieta jedna pod tira wpadła.
- O boże! - Ania zachwiała się lekko – Jak wyglądała?
- Taka na oko czterdziestoletnia, i włosy takie jasne i długie, zupełnie jak pani włosy.
- A do jakiego szpitala ją zawieźli?
- Na Orlej.
- Aha dziękuje.
Ania teraz biegła na przystanek. Autobus nadjechał punktualnie, ale na mieście o tej godzinie były straszne korki.
- Cholera, szybciej – mówiła w myślach, jednocześnie dzwoniąc do ojca – błagam, odbierz ten telefon! No tak, znów ma wyłączoną komórkę…
Po godzinie dotarła do szpitala. Jak burza wpadła na izbę przyjęć.
- Gdzie jest moja mama? Przywieźli ją z wypadku, Kamila Płomyk.
- Pani jest córką tej kobiety potrąconej przez tira? – Spytał się lekarz, który właśnie nadszedł.
Ania potaknęła ruchem głowy.
- Przykro mi, ale pani mama nie żyje.
***
Kamila obudziła się na kozetce w dyżurce.
- Co się stało?
- Zemdlałaś - odpowiedziała pielęgniarka
Ania nagle przypomniała sobie, co się stało.
- To wszystko moja wina – myślała. – Mogłam pójść po ten cholerny chleb, wtedy on by żyła! To ja ją zabiłam!
Wtedy do dyżurki wpadł jej ojciec. Jego przerażona mina mówiła sama za siebie. Wiedział.
***
Z kilku dni przed i po pogrzebie pamięta tylko płacz. Swój i ojca.
***
Ojciec szybko się pozbierał. Wrócił do pracy. Coraz częściej zaczął wracać do domu krótko przed północą. W końcu prawie przestała go widywać.
Ona też w końcu jakoś doszła do siebie. Musiała wrócić do szkoły, do normalnego życia. Jednak cały czas nie mogła sobie wybaczyć tego, że to przez nią. Dręczyły ją koszmary i wyrzuty sumienia. Chciała z kimś pogadać, ale nie miała z kim. Ojciec wracał późno z pracy i zawsze był zmęczony. Jedna babcia mieszkała nad morzem, druga w górach a ona w Warszawie, więc z nimi też nie miała jak pogadać.
Telefon odpadał, bo to po prostu nie jest rozmowa na telefon. Z dalszą rodziną nie chciała rozmawiać. W końcu doszła do wniosku, że jedynym rozwiązaniem będzie śmierć. Zabiła matkę, więc teraz zabije siebie. Sprawiedliwa kara.
***
Nie planowała tego. Po prostu pewnego dnia weszła do kuchni i jej wzrok padł na fartuch, który mama ubierała, gdy robiła racuchy. Zawsze była wtedy taka wesoła. Teraz ten fartuch wisiał na wieszaku do ręczników. Znów poczuła ten ból i wyrzuty sumienia. Była godzina 20. Wiedziała, że ojciec najszybciej będzie kilka minut po 23. Podeszła do blatu, na którym stał stojak do noży. Wzięła największy nóż. Tata ostatnio jej mówił, żeby uważała z nim, bo nóż niedawno naostrzył. Przyłożyła go do skóry. Trzęsły się jej ręce. Obleciał ją strach, ale wiedziała, że musi to zrobić. Przejechała nożem po nadgarstku. Boli. Cholernie boli. Zaczęła jej krew pulsować i ściekać na podłogę. Osunęła się na podłogę. Jedyne, co jeszcze zapamiętała to zgrzyt klucza w zamku i radosne - "Córeczko, udało mi się wrócić wcześniej!".
***
- To dlatego, że nie poszłam po ten chleb. Najpierw pokłóciłam się z mamą, potem ona chciała, żebym poszła do sklepu. Ale ja nie chciałam i znów się pokłóciłyśmy. Ona wtedy wyszła zdenerwowana. To przeze mnie! – Ania zaniosła się płaczem.
– A wiesz, co jest najgorsze? To, że rozstałyśmy się w gniewie. Ona myślała, że ja ją nienawidzę, a tak naprawdę ja ją przecież kocham. I dlatego, że ona myśli, że ja ją nienawidzę to mnie teraz tam nie chce!!!
- Aniu, to naprawdę nie twoja wina. Widocznie tak musiało być. I mama na pewno wiedziała, że ją kochasz. Ona też cię kocha i to dlatego chce byś żyła. – Zaczął tłumaczyć jej ojciec. – Ja wiem, że ostatnio nie byłem wzorowym ojcem. Prawdę mówiąc trochę uciekałem z domu. Tam wszystko przypomina mamę. Nawet ty jesteś do niej taka podobna. Ale obiecuje, że się zmienię. Mamę straciłem, ale ciebie nie mogę.
***
Pół roku później.
Po półrocznej terapii psychologicznej zaczęła w końcu dochodzić do siebie.
Depresja powoli przechodzi. Oczywiście, nie jest tą samą dziewczyną co kiedyś. Cały czas to boli. I nigdy nie przestanie. Bo to ból po starcie najbliższej osoby. Ból po stracie matki.
***
Jeśli drogi Czytelniku ruszyło Cię to opowiadanie, to idź teraz do swoich rodziców. Przytul ich i powiedz, że ich kochasz. Kto wie, kiedy znów będziesz miał okazję…














